piątek, 23 czerwca 2017

Świadectwo z czerwonym paskiem, czyli Mr Hyde ma się znakomicie

Mam dwójkę dzieci i schizofrenię.
Pierwszy raz pomyślałam tak rok temu. Podzieliłam się wówczas tą diagnozą z kimś, kto natychmiast stwierdził, że będzie to znakomity tytuł i muszę o tym napisać (nazwisko tej osoby pojawi się pod koniec posta1).

Z dzisiejszej perspektywy oceniam, że byłam wtedy w stanie remisji. Stan ostry mam dzisiaj. Dzięki temu wreszcie mogę dorobić do wymyślonego rok temu tytułu całego posta.

Zdaję sobie przy tym sprawę z tego, że gdyby podejść do tego ze ściśle medycznego punktu widzenia, mojej przypadłości nie należałoby diagnozować jako schizofrenii. Jestem po prostu niczym Doktor Jekyll i Mister Hyde.

rysunek z komiksu Dr Jekyll and Mr. Hyde
źródło zdjęcia
Rankami zrywam się śliczny,
Liryczny i apetyczny.
To musnę coś jak jaskółka,
To usnę w słońcu jak pszczółka,
Aż chmurki zbudzi mnie cień,
Bym brzęczał cały dzień.2

Szkoła to fajna sprawa. Dziecko poznaje świat, wykorzystuje swoją naturalną ciekawość, by doświadczać, badać, pytać i samodzielnie znajdować odpowiedzi.
To też miejsce socjalizacji. Nauka życia w grupie, wspólnego rozwiązywania problemów, uczenia się trudnej sztuki kompromisów.
Nikt nie krytykuje, nie ocenia. Każdy ma prawo do pracy we własnym tempie. Nie zalicza na czas. Nie ma lepszych i gorszych, wzorowych i nagannych uczniów.

Młodszy lubi swoją szkołę.
Ja też ją lubię.
Szkoda tylko, że muszę płacić za nią co miesiąc ciężkie pieniądze.

Lecz gdy spłynie mrok wieczorny
Typem staję się upiornym:
Twarz mi blednie, włos mi rzednie,
Psują mi się zęby przednie.

Nienawidzę szkoły.
Jakieś dwadzieścia lat temu nie przypuszczałam, że dorosłemu człowiekowi ostatni dzień roku szkolnego może kojarzyć się z ulgą porównywalną do usunięcia ropnia z tyłka, zaś sama myśl o 1 września będzie wywoływać dolegliwości psychosomatyczne.

Szkoła to miejsce, w którym uczeń ma same obowiązki, a z praw tylko jedno, a i to wymuszone – do przerw pomiędzy zajęciami lekcyjnymi, choć i te skraca się do minimum (5 minut przecież wystarczy).
To miejsce, w którym odbywa się przymiarka do późniejszego wyścigu szczurów, postrzeganego ciągle nazbyt powszechnie jako jedyny i najlepszy pomysł na życie.
Wyścig o stopnie, nagrody. Zakuwanie, odrabianie zadań domowych po nocach, robienie wszystkiego bo trzeba, choć nie wiadomo po co.
Uczenie się na pamięć regułek słowo po słowie, bez zrozumienia i umiejętności odniesienia tego do zwykłego życia i występujących w nim problemów.

A rano znów jestem śliczny,
Liryczny i apetyczny…

Maria Montessori
źródło zdjęcia

Decyzja o wypisaniu Młodszego z publicznego systemu oświaty i wejściu z nim w nauczanie metodą Montessori, podjęta dwa lata temu w bólach, po wielokrotnych i burzliwych konsultacjach z mądrzejszymi ode mnie, okazała się być najlepszą rzeczą, jaką mogłam dla niego zrobić w tych realiach, w których żyjemy (co oznacza, że gdybyśmy żyli gdzie indziej, być może wybrałabym nauczanie inną metodą, a może po prostu zwyczajną-niezwyczajną szkołę publiczną z bliskim mi podejściem do kwestii uczenia).

Uczeń jest podmiotem a nie przedmiotem.
Nauczyciel towarzyszy i wspiera, a nie naucza i nie robi z siebie dzięki temu idioty w czasach, w których nie ma prawd objawionych, bo wszystko – mądre i głupie, jak leci (któż w dzisiejszych czasach potrafi odróżnić jedno od drugiego? Hm, może ci, którzy byli uczeni a nie nauczani?) – uczeń szybciej od niego znajdzie w internecie, przeglądanym w umieszczonej pod ławką komórce.
W szkole, w której nie ma ocen, rodzic – po przejściu niezbędnej kwarantanny, gdyż nie jest tak prosto samemu nauczyć się myśleć w inny sposób – w naturalny sposób wypada z roli bezwzględnego nadzorcy, batem egzekwującego perfekcyjne wykonywanie obowiązków.

Lecz gdy spłynie mrok wieczorny
Typem staję się upiornym…


W tradycyjnej szkole, wyposażonej w dziennik elektroniczny, rodzic jest uzależnionym do komputera tyranem, który wcześniej od dziecka wie o wszystkich jego sukcesach i klęskach. Zwłaszcza o klęskach.
Ile razy dziennie logujecie się do dziennika elektronicznego? Ja, pracując niemal ciągle przy komputerze, potrafiłam zrobić to kilkanaście razy dziennie.

Nie wiem jak to się dzieje, ale w przypadku Młodszego jestem po prostu spokojna. Nie ma ocen? To nie ma. Dziecko nie umiało liczyć, a teraz umie. Nie umiało pisać i czytać, a teraz umie. Znaczy, chyba wszystko w porządku. Robi błędy ortograficzne? Trudno, kiedyś przestanie. Albo i nie. Ale za to jakie ma pomysły!

Moje oczekiwania wobec Młodszego są całkiem inne niż wobec Starszego.
Jesteś zmęczony po zajęciach w szkole? Odpocznij, zajmij się czymś przyjemnym. Jasne, możesz pójść pojeździć na rowerze.
A Ty, Starszy, dokąd? Przecież masz jutro sprawdzian z matematyki i kartkówkę z historii. Jak to: umiesz? Ostatnio też tak mówiłeś i dostałeś trójkę.

Drogi Jekyllu, co tak naprawdę myślałeś o Hydzie?
Bo ja mojego Hyde’a nienawidzę, ale nie umiem się z nim rozstać.
A system karmi Hyde’a, kopiąc w tym samym czasie Jekylla po kostkach nogą obutą w korki.

Czytam, dyskutuję, przekonuję samą siebie.
Z tyłu głowy zaś ciągle dobiega mnie gorzki wyrzut.

źródło zdjęcia

Przez całą (ośmioletnią wówczas) podstawówkę miałam średnią 5,0 (szóstek wtedy nie było). Brałam udział w licznych konkursach i często wygrywałam.
Gdy w liceum zaczęło iść mi nieco gorzej (trafiła się i ocena mierna z fizyki na semestr), miałam naprawdę poważny problem z samą sobą.
Okres liceum wspominam bardzo źle.
Odżyłam dopiero na studiach. Może późno, ale dojrzałam i postanowiłam przestać zwracać uwagę na oceny bardziej niż to było potrzebne (z uwagi na swoją ówczesną sytuację socjalną potrzebowałam stypendium, także naukowego).
Od ukończenia przeze mnie studiów upłynęły niemal dwie dekady. Umiem myśleć samodzielnie, iść pod prąd, jeśli to konieczne, by zachować się przyzwoicie. Czemu więc w głowie nadal czai się coś całkiem innego?

Choć broniłam się przed tym rękami i nogami, na prośbę Starszego, któremu na tym zależało, poszłam dziś z nim do szkoły na uroczystość zakończenia roku szkolnego (skończył szóstą klasę i od września rozpocznie naukę w nowej szkole, bo „kontynuacja” nauki w siódmej klasie to obecnie fikcja – większość szkół w naszym regionie nie ma takich możliwości lokalowych by z dnia na dzień stworzyć uczniom taką możliwość).
Nie chciałam tam iść. Byłam pewna, że Hyde przegryzie kraty. Nie pomyliłam się.

sala gimnastyczna w szkole Starszego przed rozpoczęciem apelu
W 22-osobowej klasie Starszego trzynaścioro dzieci otrzymało świadectwa z czerwonym paskiem (informacja dla niebędących na bieżąco: otrzymują je dzieci ze średnią ocen minimum 4,75 i wzorową lub bardzo dobrą oceną z zachowania). Nie było wśród nich Starszego. Jego średnia to 4,63.
Rodzicom jedenaściorga dzieci z jego klasy dyrektorka szkoły wręczyła imienne listy gratulacyjne (za średnią ocen minimum 5,0). Mojego nazwiska nikt nie wyczytał.
Dzieci odebrały nagrody za stuprocentową frekwencję w szkole i na basenie. Starszy przez cały rok szkolny opuścił trzy dni nauki, bo był chory. Nie opuścił żadnych zajęć na basenie, jedynie raz siedział na ławce (było to tuż po owej chorobie), gdyż nie chciałam, żeby wchodził zimą do zimnej wody. Nie dostał żadnej nagrody, nie zasłużył.

Pozwoliłam Starszemu wcześniej na podjęcie ostatecznej decyzji co do wyboru szkoły na przejściowe dwa lata. Wybrał taką, do której chce chodzić, o której dobrze myśli, której nauczycieli (część zna) lubi i szanuje.
Cóż, kiedy z obowiązującego w niej (a ogłoszonego publicznie na początku maja tego roku, bo przecież wszyscy mieli mnóstwo czasu, by przygotować się do zmian w systemie oświaty, nieprawdaż?) regulaminu rekrutacji do klasy VII wynika, że decydować będzie suma punktów: za test, który kandydaci napisali na początku czerwca oraz za „świadectwo z wyróżnieniem”. Bez znaczenia jest to za co i jakie są oceny, liczy się wyłącznie biało-czerwony pasek.
Można napisać test słabo; liczba punktów za „pasek” pozwoli zniwelować dystans do tych, którzy napiszą go bardzo dobrze.
Spośród tych dzieci z klasy Starszego, które także wybierają się do tej szkoły, tylko on nie dostanie dodatkowych punktów.

Poradziłam sobie z problemem jak umiałam. Dorobiłam pasek. Na własnej twarzy.
W trakcie dzisiejszego apelu na zmianę bladłam i czerwieniłam się. Targały mną sprzeczne uczucia. Wstyd. Gniew. Złość.
Na system.
Na siebie, że „nie dopilnowałam” dziecka, przez co znajomi patrzą na mnie z pogardą przynależną „złym” matkom. („Agnieszka powiedziała swojemu, że nie będzie mógł mieć psa, jeśli nie będzie miał paska na świadectwie. I proszę, jak się zmotywował! Nie mogłaś też czegoś takiego wymyślić?”)
Znów na system. Który każdego dnia zmusza mnie do tego, bym zapisała dziecko na listę startową zawodów, w których ani on, ani ja nie mamy ochoty brać udziału.
Na ważną dla mnie i mądrą osobę, która – widząc Starszego, tłumaczącego się dlaczego „nie poszedł na poprawę” - powiedziała po prostu: „Widzę, że on jest bardzo zestresowany. Czy Ty wiesz jakie stres wyrządza spustoszenie w jego organizmie?”, a ja po jej słowach odpuściłam mu sugerowaną w licznych wiadomościach od wychowawczyni konieczność poprawiania dwój ze sprawdzianów.3
Bo przecież, gdyby je poprawił, miałby może teraz lepszą średnią, bez problemu dostałby się do szkoły, którą wybrał a ja mogłabym, dumna niczym pawica (choć może raczej pawianica), przedefilować przed zebranymi w auli, odbierając list gratulacyjny.

Możemy mówić o sukcesie. Średnie ocen jakie uzyskaliście dobrze wróżą waszej przyszłej edukacji. (…) Jako szkoła jesteśmy z Was bardzo dumni. Uważamy, że dobrze przygotowaliśmy Was do życia we współczesnym świecie” – to fragment z długiego przemówienia pani dyrektor szkoły Starszego. Było o średnich, wzorowych ocenach z zachowania. Nie było ani słowa o tym, że to dobre dzieci. Albo, że ktoś zrobił coś bezinteresownie dla innych. Albo cokolwiek innego. Dziś liczyły się tylko piątki i szóstki, i zwycięstwa w konkursach.

Robimy dzieciom krzywdę, a od 1 września na skutek wdrażanej pseudoreformy, demolującej treści, sposób i przekaz uczenia (doprawdy, to czy nauka będzie odbywać się w systemie 6+3 czy 8+4 ma tu najmniejsze znaczenie, choć oczywiście wprowadzanie zmian w taki sposób jak czyni się to obecnie, będzie miało fatalne skutki), będzie ona jeszcze większa.

Na chorobę afektywną dwubiegunową (bo chyba temu właśnie schorzeniu najbliżsi są Jekyll z Hydem) są tabletki, ale wyleczyć się z niej do końca i na zawsze nie można.
Trudno, ja będę stosować się do zaleceń lekarskich, może jakoś przetrwam. Cóż jednak, skoro mam nieodparte wrażenie, że to akurat schorzenie przenosi się z rodziców na dzieci.

Uważam się za świadomego rodzica.
Czytam, myślę, dyskutuję. Staram się zmieniać.
To, co zaszczepili we mnie moi rodzice tkwi jednak we mnie bardzo głęboko („Dostałaś pięć minus? A za co ten minus? A piątki w klasie były? Czyli można było, prawda?!”).
Wkurza mnie to, że mam w sobie takie uczucia i takie myśli.
Cieszy mnie, że umiem nie wypowiadać ich głośno przy moim dziecku.

Proszę, nie piszcie w komentarzach pod tym postem, że nie rozumiecie o co mi chodzi i że jestem jakaś dziwna, bo przecież Wy…
Ja też jestem jak Wy. Jeśli skupię się tylko na Jekyllu, a Hyde’a zamknę w schowku na szczotki i mocno zarygluję drzwi.

Poza tym, dziwna sprawa, w otoczeniu, w którym funkcjonuję na co dzień, widuję głównie Hyde’ów, w których towarzystwie i mój odżywa.
Dla niego dziwne jest to, że nie zapisałam dziecka do szkoły, do której w Szczecinie wożą dzieci wszyscy, którym „leży na sercu dobro ich dzieci i myśl o właściwym zorganizowaniu procesu ich dalszej edukacji”. Do szkoły, która reklamuje się zupełnie otwarcie pisząc, że wyróżniają ją „bardzo wysokie wyniki w nauce i zachowaniu, bardzo wysokie wyniki sprawdzianu po kl. VI, bardzo wysokie wyniki testów zewnętrznych po klasie III i V.” A przy okazji wprowadza we własnym regulaminie wewnętrznym zapis, że uczeń powinien „poprawiać słabe oceny (tj. niedostateczne, dopuszczające, dostateczne).”4
To szkoła, która w lokalnej opinii publicznej funkcjonuje jako „najlepsza podstawówka w Szczecinie”.
W której dzieci mające gorsze wyniki w nauce traktowane są jako zbędny balast.
To szkoła, która buduje podziały. Efekty ciężkiej pracy jej i podobnych jej placówek widać ostatnio w naszym kraju na każdym kroku.

Proszę, nie piszcie też o tych wszystkich rzeczach, o których dobrze wiem, gdyż dowiedziałam się o nich od mądrzejszych ode mnie osób. To znaczy wie o nich Jekyll.
Niepokoić powinna (…) ewentualność, że opór dzieci wobec naszej presji na lepsze wyniki może się wyrazić słabszym przykładaniem do nauki, z oczywistym rezultatem: wyniesieniem ze szkoły mizernej wiedzy. Mniejsza o świadectwo, które nie spełnia naszych oczekiwań: jeżeli będziemy wywierali na dziecko zbyt dużą presję, ono może myśleć mniej samodzielnie.
Oczywiście, istnieje szansa, że przymus zaprocentuje, i w dniu, w którym mocniej przykręcimy śrubę, dzieci rzucą się do książek i przyniosą właśnie takie stopnie, jakich oczekujemy. Może nawet powiedzie się nam umieszczenie ich w dobrej szkole średniej. Jednak podobnie jak w wypadku stosowania dyscypliny, słono zapłacimy za takie zwycięstwo. Co nasze interwencje mają wspólnego z samopoczuciem dzieci i z ich uczuciem do nas? Jak stres wpływa na ich zdrowie psychiczne? Co dzieje się z zainteresowaniem czytaniem i myśleniem? Jeżeli stopnie same w sobie mogą sprawić, że nauka wydaje się katorgą, to wyobraźmy sobie, jak bardzo taki efekt zwielokrotnia ciągła presja rodziców na poprawianie tychże stopni.”5

Dobrych wakacji!
Dopieśćcie przez ten czas Jekylla. 1 września Hyde powróci ze zdwojoną mocą, jestem tego pewna.

Przypisy:
1)   Osobą, którą wielokrotnie wymieniałam w poście, nie podając jej nazwiska, jest Marzena Żylińska. Marzena – razem z coraz większym gronem osób podobnie do niej myślących - próbuje zmieniać polską szkołę i ciągle tryska optymizmem. Wierzę, że ich działania, prowadzone pod szyldem „Budzącej się szkoły” (pisałam o niej tutaj - klik, ale najlepiej sięgnąć do źródła, czyli tutaj - klik) kiedyś wreszcie przyniosą dostrzegalną na większą skalę rezultat.
2)   Ten i kolejny cytat to oczywiście fragment piosenki „Upiorny twist”, której tekst napisał Jeremi Przybora
3)   Tak, tu znów chodzi o Marzenę Żylińską:)
4)   Chodzi o tę szkołę. Podaję ją jako przykład, bo o jej istnieniu i sposobie działania wiem sporo, z różnych źródeł. Szkół podobnych do niej jest ciągle bardzo wiele, a zapotrzebowanie na ich istnienie nie maleje.
5)   Alfie Kohn „Wychowanie bez nagród i kar. Rodzicielstwo bezwarunkowe”, przełożyła Bogumiła Malarecka. Wydawnictwo MiND, Podkowa Leśna 2013.

piątek, 16 czerwca 2017

Wisłocka książkowo i filmowo, czyli wszystko i tak psu (pudelkowi) na budę

Nigdy nie lubiłam biografii, a im jestem starsza, tym bardziej wiem dlaczego.
Ułudą jest bowiem wierzyć, że jesteśmy w stanie dowiedzieć się czegoś o kimś innym. Poznać bliżej kogoś, kto nas fascynuje, intryguje.
Nie znamy samych siebie. Kreujemy swój wizerunek nawet przed najbliższymi. To, kim jesteśmy na zewnątrz, ma się nijak do tego, co robimy, gdy nikt nie patrzy. I wcale nie chodzi tylko o dłubanie w nosie czy puszczanie bąków.

Prawda jako byt obiektywny nie istnieje, bardzo mi przykro.

W tej samej chwili jedna osoba zobaczy coś/kogoś zupełnie innego niż druga. Ten sam ktoś jutro inaczej będzie oceniał zdarzenia z dzisiaj.
Jak w tak niesprzyjających warunkach dowiedzieć się czegokolwiek o kimś, kogo nie mieliśmy szans spotkać, zobaczyć, porozmawiać?
Nie da się i tyle.


Mimo to czasem zdarza mi się, że ktoś mnie zaciekawi. Że sięgnę po książkę, obejrzę film, łudząc się przez chwilę, że czegoś się dowiem.
Obejrzałam „Sztukę kochania”. Potem przeczytałam książkę Violetty Ozminkowski „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”. Nie twierdzę, że w związku z tym wiem już wszystko o Wisłockiej; przeciwnie, przypuszczam, że nie wiem o niej niczego. Ale wiem też, że książka przybliża mnie do niej dużo bardziej niż film. Który powinien nosić tytuł „Sztuka manipulacji”.

Na seansie w kinie byłam najmłodsza; średnia wieku zdecydowanie wynosiła więcej niż 50 lat. Widzowie reagowali żywo, wykrzykując co jakiś czas „tak było!” lub też chichocząc zgodnie w momentach innych niż te, która ja uznawałam za przeznaczone do chichotania. Film pokazał im ich prawdę o czasach, w których żyli, kochali, byli młodzi.
Nie wiedząc wcześniej zbyt wiele o Wisłockiej, z kina wyszłam z określonym wyobrażeniem na jej temat. Podtytuł filmu („Historia Michaliny Wisłockiej”) zamaskował to, że dałam się po prostu nabrać.

źródło zdjęcia

I byłabym tak nabrana (i zadowolona) po dziś dzień, jednak, niestety, przeczytałam książkę. A wtedy wszystko się rypło.
Violetta Ozminkowski, która też fabularyzuje swoją opowieść o Wisłockiej, w odróżnieniu od twórców filmu nie próbuje jej jednak podrasowywać. Nie pomija też, wedle własnego uznania, niepasujących do jej wizji epizodów z życia jej bohaterki, ani nie przerabia ich na własną modłę, uwypuklając co jej potrzebne i przycinając, co odstaje. Stara się ponadto, w miarę możliwości, pokazać szerszą perspektywę. Wisłocka według Ozminkowski ma początek, środek i koniec. Po lekturze zostają pytania, wątpliwości. Postać, która po obejrzeniu filmu wydawała się być jednoznacznie pozytywna (dajmy jej tytuł Kobiety Roku!), po lekturze książki odzyskuje typową dla ludzi wielowymiarowość i niejednoznaczność.

Film zaś, hm. Owszem, ogląda się go dobrze. Dbałość o detale zachwyca. Kreacje Wisłockiej/Boczarskiej sprawiają, że człowiek wręcz żałuje, iż nie ma w domu choćby jednej zasłony, bo gdyby takową miał, byłby ją natychmiast zdarł z karnisza i powiózł do krawcowej.
Muzyka - dobrana idealnie. Aktorzy - naprawdę zapracowali na swoje gaże.
I tylko ja, głupia taka, nie rozumiem, czemu ktoś po raz kolejny sprzedał mi podkoloryzowany kit zamiast miodu, a ja zorientowałam się dopiero po odejściu od kasy.

Być może do biografii należałoby podchodzić jak do Pudelka. Czytać, ale nie przywiązywać się zbytnio do treści. Ot, parę obrazków, woda na młyn plotkarzy. Każdy i tak najlepiej wie co się wydarzyło a wszyscy wiedzą dokładnie tyle samo.
Czyli nic.

I po co było się, droga autorko książki, tak męczyć?

Violetta Ozminkowski „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
„Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, reżyseria Maria Sadowska, scenariusz Krzysztof Rak. 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

L.Moriarty "Wielkie kłamstewka", czyli prawda bywa banalna, ale czy komuś to przeszkadza?

Gdybym onegdaj nadała swojemu blogowi nazwę „Wszystko o książkach”, „Książki moje życie” lub też jakoś podobnie, sugerując tym samym, że na czym jak na czym, ale na książkach to ja się znam, być może miałabym problem z Liane Moriarty i jej „Wielkimi kłamstewkami”.
Bo, przeczytawszy tę książkę niemal jednym tchem i do tego, o zgrozo!, odczuwając przyjemność w czasie lektury, pewnie – zamiast pisać tego posta – głowiłabym się teraz nad tym jak tu by o niej napisać, by nie wyjść na czytelniczego laika, zachwycającego się byle czym. Szukałabym więc być może gorączkowo w pamięci innych, dużo bardziej poważnych dzieł o tej tematyce (w każdym razie bez niepoważnej naklejki na okładce, głoszącej, że „Kobiety to czytają!” - phi!), z którymi mogłabym zestawić ten (phi po dwakroć!) australijski bestseller, do tego świeżo zekranizowany i zaprezentowany serialowej widowni (phi, phi, phi!).
Próbowałabym też pewnie jakoś zakamuflować fakt, że przeczytałam tę książkę dopiero teraz, gdy o jej istnieniu dowiedzieli się niemal wszyscy (podobno emitowany w HBO serial cieszył się sporą oglądalnością). I na nic zdałoby się zgodne z prawdą napomknięcie o tym, że usłyszałam o niej dzięki radiowej rozmowie z jej polską tłumaczką, panią Magdaleną Moltzan-Małkowską.


Na szczęście, powołując się na swoją nieperfekcyjność, mogę zdjąć sobie wszystkie te problemy z głowy. (Przy okazji mogłam też stworzyć powyższy wstęp, dzięki któremu nikt nie będzie wiedział, czy o tych wszystkich snobistycznych lękach to ja na poważnie, czy też nie).
Przyznaję się więc w tym miejscu szczerze: nie mam pojęcia czy faktycznie już ktoś kiedyś napisał książkę od końca i czy zrobił to lepiej niż Moriarty (chociaż coś tam po głowie się kołacze). Wiem natomiast, że już w pierwszym rozdziale „Wielkich kłamstwek” ich autorka uszczęśliwiła czytelników informacją o tym, że podczas wieczorku integracyjnego dla rodziców w szkole podstawowej Pirriwee Public („gdzie mieszkamy i uczymy się nad oceanem” i gdzie „nie ma miejsca na dokuczanie”) zginął jeden z rodziców. W kolejnym rozdziale cofnęła zaś jak gdyby nigdy nic akcję o pół roku, by od tej pory już chronologicznie (choć z różnych perspektyw) prowadzić czytających przez codzienność grupy osób przypadkowo połączonych faktem posiadania dzieci w tym samym wieku, uczęszczających do tej samej placówki oświatowej.

Niewątpliwie rzeczywistość australijska różni się nieco od polskiej (i nie mam na myśl wyłącznie braku oceanu), ale na szczęście nie tak bardzo, by czytać tę historię tylko jako abstrakcyjną opowieść o tym, co mogło przydarzyć się wyłącznie innym. Także bowiem i w Polsce zdarzają się: samotne macierzyństwo, przemoc domowa, rodziny patchworkowe, problemy z dorastającymi dziećmi, problemy z małymi dziećmi, zdradzający małżonkowie, nadopiekuńczy rodzice, rodzice próbujący pogodzić robienie biznesowej kariery z wychowaniem dzieci, szkolne intrygi, rodzicielskie koterie.
Także i polskie kobiety (bo to książka napisana zdecydowanie z kobiecej perspektywy) na co dzień muszą radzić sobie z tym, że:

- dokonywane przez nich wybory zawsze będą stawiać je w gorszej sytuacji, niż gdyby były identycznie postępującymi mężczyznami („Nikt nie mówi, że Geoff pracował od rana do nocy. Nie pyta, czy Geoff wiedział, co dzieje się z Amabellą. Rozumiem, że to Renata miała lepiej płatną, bardziej stresującą posadę, ale jakoś nikt nie miał pretensji do Geoffa, że robi karierę, nikt nie powiedział: „Och, tak rzadko widujemy w szkole, Geoffa, prawda?” Gdzie tam! Ojciec, który odbiera dziecko, zasługuje w oczach niepracujących matek na piedestał.”);

- starzeją się i choćby ciągle czuły się jak młode dziewczęta, to zewnętrzna rzeczywistość jest całkiem inna („Dzień w dzień myślę sobie: A coś ty dzisiaj taka zmięta? I dopiero ostatnio przyszło mi do głowy, że może po prostu ja już tak wyglądam.”);

- ich dziecko jako jedyne nie zostało zaproszone na klasowe urodziny („Jeżeli stworzy idealną facebookową rzeczywistość, być może sama w nią uwierzy.
Mogłaby nawet zamieścić wpis w rodzaju: „Wkurzona!!! Ziggy jako jedyny w klasie nie został zaproszony na urodziny koleżanki!! Wrrr” A wszyscy zaczną ją pocieszać: „No co ty???”, „Oooooo, biedny Ziggy!”
Sprowadzi swoje lęki do zmian statusu, które znikną na tablicy wśród innych doniesień.”);

- ich życie wymknęło im się spod kontroli, a one same nie umieją lub tak naprawdę nie chcą tego zmienić („za każdym razem, gdy nie odchodziła, dawała mu ciche przyzwolenie na to, aby zrobił to ponownie. Była tego świadoma. Wykształcona kobieta z wachlarzem możliwości oraz miejsc, w które mogłaby pojechać, z gronem przyjaciół i znajomych, którzy zapewniliby jej wsparcie, z prawnikami, którzy dochodziliby jej praw. Mogła wrócić do pracy i się utrzymać. (…) Z chwilą gdy przestała pracować, jej stosunek do pieniędzy uległ zmianie. Korzystała z nich tak, jak korzysta się z cudzej łazienki: grzecznie i z wyczuciem. Podejrzewała, że w oczach prawa i społeczeństwa uchodzi za pożyteczną, prowadząc dom i wychowując chłopców, ale nigdy nie wydawała pieniędzy Perry’ego tak jak niegdyś swoich.”).

„Wielkie kłamstewka” dotykają wielu poważnych tematów, czyniąc to bardzo prawdziwie (mimo nieco egzotycznej dla nas scenografii). Moriarty potrafi przy tym dodatkowo zaintrygować czytelnika, prowadząc historię tak, by odczuwał on napięcie a niekiedy nawet lęk przed tym, że to „jego” ulubiony bohater okaże się tym uśmierconym w pierwszym rozdziale nieszczęśnikiem.
To także opowieść o tym, że nie warto dać się uwieść pozorom, bo zazwyczaj nic nie jest takie na jakie wygląda. Jest to jednak prawda tak banalna, że gdyby była jedynym powodem napisania tej powieści, pewnie nie byłaby ona warta nawet wzmianki na najmarniejszym blogu, by nie wspomnieć o chęci przeniesienia jej na ekran z obsadą pełną wielkich gwiazd światowego kina.
Moriarty chętnie przypomina jednak właśnie o banałach. Z których jednak, gdy dobrze się nad tym zastanowić, składa się życie. Banalny wątek siły grupy i tego, że przez życie łatwiej idzie się z kimś niż samemu, autorka potrafi przerobić na szereg różnych sposobów, pokazując między innymi, że grupa potrafi niszczyć, ale może też dać olbrzymie wsparcie. O ile zechcemy po nie sięgnąć.

Jedyne co mam tej książce do zarzucenia, to zakończenie. Nieco za „hollywoodzkie”, za bardzo przypominające puzzle, w których wszystkie kawałki muszą idealnie do siebie pasować. Sądzę, że gdyby Moriarty nie przejmowała się tak bardzo samopoczuciem swoich czytelników, wyszłoby to jej książce wyłącznie na dobre.
I bez tego jednak jest zupełnie nieźle.

Liane Moriarty „Wielkie kłamstewka”, przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015. 

Ps. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już kiedyś napisałam podobnie zaczynającego się posta. Najwyraźniej nie mam pamięci nie tylko do cudzych, ale i własnych dzieł. Jeśli to prawda, uprzejmie przepraszam, ale chwilowo nie mam siły wymyślić niczego innego. Pisałam już, że prawda jest banalna?

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Ł.Orbitowski "Inna dusza", czyli czym różni się fakt od "Faktu"

„Inna dusza” jest książką, o której swego czasu było głośno (w każdym razie w kręgach osób czytających).
Łukaszowi Orbitowskiemu przyznano za nią Paszport „Polityki” 2015. Nagradzający wyjaśnili przy tym, że jest ona „doskonałym połączeniem powieści inicjacyjnej, psychologicznej i obyczajowej”. Dodali, że paszport przyznali „za precyzyjne, poruszające i zapadające w pamięć studium zła.


Gdyby „Inna dusza” była zwykłą powieścią, chyba byłabym nią zachwycona. Chyba, bo nie od początku czytało mi się ją dobrze; przeciwnie, przez pierwszych 150 stron nieco się męczyłam, zastanawiając się nawet czy nie porzucić lektury.
Potem jednak było coraz lepiej. Studium zła, owszem. Poruszające, jak najbardziej. W żadnej mierze nie płaskie, czarno-białe. Orbitowski próbuje dociec przyczyn, pokazać genezę zbrodni, nie ukrywając zarazem swojej bezradności. Jest dwóch głównych bohaterów tej książki, przy czym jeden z nich wydaje się być bardziej predystynowany do tego, by nisko upaść. Wskazywałyby na to jego uwarunkowania środowiskowe i rodzinne – ojciec pijak, bezradna i niewydolna wychowawczo i życiowo matka. Jednak to nie on zabija. Nie w nim żyje „inna dusza”, która każe chwycić mu za nóż i zabić. Raz, a potem drugi.

Gdyby „Inna dusza” była powieścią, byłaby to dobra powieść. Pełna szczegółów, samoczytających się opisów, dzięki którym świat w niej przedstawiony wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Realia lat dziewięćdziesiątych, odbieranych przeze mnie niemal z tej samej perspektywy, co w przypadku Orbitowskiego (różnica wieku między nami nie jest znacząca, choć istnieje), wydają się być perfekcyjnie oddane. Ówczesna Bydgoszcz, w której nigdy zresztą nie byłam (jednak byłam w tym czasie w kilku innych, równie złych jako bydgoski Fordon, dzielnicach kilku innych większych miast), zdaje się niezwykle prawdziwa. Żyjący dwadzieścia lat temu ludzie, ich pragnienia i marzenia, zostali przedstawieni w przekonywujący sposób.

Jest jednak pewien problem.
„Inna dusza” nie jest powieścią. Jest książką „na faktach” (wydaną zresztą w serii o takiej nazwie), opisującą autentyczne zdarzenia, w autentycznych plenerach, tyle że – drobiazg – przepuszczonych przez wyobraźnię autora.
W wywiadzie dla portalu Książki WP autor wyjaśniał, że „odległy pierwowzór mojej postaci, rzecz jasna fikcyjnej, to chłopak z Bydgoszczy, który bez żadnego powodu zabił dwoje ludzi.
Taaaa, jasne. Postać fikcyjna będąca odległym pierwowzorem. A wszelka zbieżność jest najzupełniej przypadkowa.
Wydawca zresztą zaznacza na ostatniej stronie książki, odpowiednio małym druczkiem, że wprawdzie „zarys fabuły książki „Inna dusza” jest oparty na prawdziwych zdarzeniach. Trzeba jednak pamiętać, że tekst nie jest reportażem, tylko dziełem fikcji literackiej. Nie należy traktować jak dokumentu. Wypowiedzi i myśli bohaterów, ich charakterystyka, a także opisy szczegółów miejsc i wydarzeń nie mogą stanowić źródła wiedzy o faktach”.
Wydawałoby się więc, że wszystko załatwione.
Niestety, nie dla mnie.


Być może jestem starym ramolem, który nie zna się na Sztuce i Literaturze (koniecznie z wielkiej litery), ale nie zgadzam się na to, aby ciągle świeże dramaty traktować jako pożywkę dla wyobraźni twórców i kieszeni wydawców, w jakiejkolwiek branży by nie działali.
Opisane w „Innej duszy” morderstwa zdarzyły się naprawdę. Naprawdę zginęło dwoje młodych ludzi, a to czy zabił ich Jędrek (jak w powieści), czy Jacek (jak w rzeczywistości), doprawdy ma najmniejsze znaczenie.

Nie widzę przeszkód, by Łukasz Orbitowski napisał – jeśli tylko najdzie go taka ochota – znakomitą powieść o tym, jak dochodzi do tego, że młody człowiek z – wydawałoby się – dobrego domu zabija dwójkę w pewien sposób bliskich mu ludzi. By stworzył całkowicie fikcyjny świat, całkowicie fikcyjnych bohaterów i całkowicie fikcyjną historię. Nie widzę przeszkód, by inspirował się przy tym zdarzeniem, które miało miejsce naprawdę. Czym innym jest jednak inspiracja, a czym innym manipulacja.

Orbitowski jest sprytny. Wszystko dobrze przemyślał, ma więc gotowe odpowiedzi na moje wątpliwości.
„- Jednak nawet tworzenie fikcji na bazie rzeczywistego mordercy i na jego ofiarach jest dość ryzykowne. Żyją rodziny, z pewnością trafią na ten tekst, a ich emocje odżyją. Były jakieś obawy z tym faktem związane?
- Dużo o tym myślałem i myślę dalej. Wydawca chciał organizować spotkanie autorskie w Bydgoszczy, z zaangażowaniem mediów lokalnych. To miało być duże wydarzenie. W pierwszym odruchu odmówiłem. Bałem się, że będę musiał komuś w oczy spojrzeć, ktoś mi w ryj plunie, albo dostanę w kły. Natychmiast zmieniłem zdanie i pojadę do Bydgoszczy promować „Inną duszę”, jeśli tylko okazja się trafi. Biorę pełną odpowiedzialność za to, co napisałem. Sprawa w ogóle ma duży stopień komplikacji. Zmieniłem coś więcej, niż inicjały głównego bohatera, wymyśliłem mu inną rodzinę, przeniosłem w inną część Bydgoszczy i odjąłem brata. Ofiary także mieszkają gdzie indziej, nazywają się inaczej, dorzućmy do tego wymyślonego od podstaw narratora z jego otoczeniem na Jasnej. Momentami już nie wiem, co wziąłem z akt, co zaś wymyśliłem. Cała ta maskarada jest nieudolna, uczestnicy wydarzeń z tamtych bez problemu rozpoznają, o co chodzi. I może być im przykro. Robiłem wszystko, żeby uszanować ich uczucia, ale dopuszczam możliwość, że zawiodłem. Z drugiej strony, o Jacku B. powstał film dokumentalny, kilka reportaży, nie jestem więc jedyny. Czy mam prawo pisać? Oczywiście. Ta historia należy do wszystkich. Czy ktoś urażony ma prawo dać mi w mordę, fizycznie, z całej siły? Również. Jego prawo jest równorzędnym względem mojego prawda do pisania. Jestem gotowy. Nie będę się uchylał.”

Kluczowa wydaje mi się odpowiedź na pytanie o to, czy – jak twierdzi Orbitowski - ta historia faktycznie należy do wszystkich?
To odpowiedź na pytanie o to czy w dzisiejszych czasach mamy prawo do prywatności a od innych możemy oczekiwać elementarnej wrażliwości.
Czy wystarczy „odjąć brata” i przenieść akcję w inną część miasta, by uznać, że stworzyło się fikcyjną historię?
Czy jeśli jutro padnę ofiarą gwałtu, będę mogła liczyć na to, że nie znajdzie się nikt, kto stwierdzi, że urzekła go moja historia i postanowi – zmieniwszy mój kolor włosów oraz miejsce zdarzenia z parku na nieuczęszczane pobocze – sprzedać ją całemu światu? Oczywiście, równocześnie przeprosiwszy za ewentualne urażenie uczuć moich i mojej rodziny.

Nie kupuję tego.
Podobnie jak nie kupuję wchodzącego właśnie na ekrany filmu „Amok”. Mam tak od lat i nie sądzę, aby mogło się to zmienić w przyszłości – swego czasu, zorientowawszy się mniej więcej w połowie co jest grane, wyszłam z seansu filmu „Dług”.
Jest jednak różnica: nie pójdę na "Amok", bo wiem czym jest. Przeczytałam "Inną duszę", bo myślałam, że jest całkiem czym innym.
Według mnie elementarne zasady uczciwości wymagają, by poinformować czytelnika o tym, co bierze do ręki, we wstępie do książki, nie zaś w redakcyjnej stopce.
Wtedy wiedziałabym, że nie mam do czynienia z książką „na faktach”, lecz niczym z „Faktu”. 

Łukasz Orbitowski „Inna dusza”. Wydawnictwo OD DESKI DO DESKI, Warszawa 2015.

sobota, 18 marca 2017

M.Krüger "Karolcia", czyli róbmy swoje

Kiedy kilkanaście dni temu czytałam razem z dzieckiem (pierwszy raz w życiu, tak jakoś wyszło) „Karolcię”, wiedziałam, że będę chciała o niej napisać, uważając za nadspodziewanie aktualną.

Późniejsza informacja o śmierci Wojciecha Młynarskiego, felieton Szymona Hołowni przeczytany w którymś z ostatnich numerów „Tygodnika Powszechnego” i wreszcie newsowy materiał o dobrym sercu prezydenta Szczecina i dzielnej sześciolatce sprawiły, że przyspieszyłam. To, jaki jest związek między tymi pozornie ze sobą niezwiązanymi faktami, wyjaśni się już wkrótce.


Do tego ogrodu (…) było bardzo niedaleko. (…) Nie był to bardzo duży ogród, ale miał mnóstwo zalet. Przede wszystkim najważniejsze było to, że dzieci z całej dzielnicy mogły tu w ciepłe dni spędzać czas na powietrzu i doskonale się bawić. Były tam krzewy, w których mogli mieszkać Indianie, były wąskie ścieżki, którymi chodzili wielcy wodzowie Mohikanów i Siuksów, były place, gdzie można było jeździć na rowerze lub hulajnodze, były wreszcie cztery huśtawki, jeden kołobieg, jedna karuzela i dwie zjeżdżalnie, nie mówiąc o dwóch wielkich piaskownicach dla maluchów. Jeśli tak się zdarzyło, że któreś z dzieci nie mogło wyjechać podczas wakacji na wieś, to tu spędzało lato.”

„Karolcia” jest anachroniczna, tak gdy chodzi o dekoracje, jak i o pragnienia czy marzenia dzieci. W każdym razie tych wielkomiejskich (akcja „Karolci” dzieje się w niezidentyfikowanym z nazwy większym mieście).

Nie znam współczesnych ośmiolatków (tyle lat ma Karolcia), którzy bawiliby się w Indian. Spora część dzieci w ciepłe dni może i spędza czas na powietrzu, ale raczej siedząc na ławce lub murku i zużywając baterie w smartfonach niż jeżdżąc na rowerze. O ile oczywiście ich rodzice zaryzykują i puszczą je samopas (znam całkiem sporo wielkomiejskich rodziców, którzy uważają, że dwunastolatek nie jest na tyle odpowiedzialny, by mógł samodzielnie wrócić po szkole do domu).
Ogólnodostępnych ogrodów też jakby coraz mniej, zwłaszcza na nowych osiedlach, gdzie deweloperzy skrupulatnie przeliczają metry kwadratowe na złotówki.

Być może więc współczesne dzieci wcale nie przejęłyby się taką informacją, jaka 14 lipca zawisła na ogrodzeniu ogrodu położonego niedaleko domu Karolci.
Od dnia 15 lipca ogród zostanie zamknięty.
Na placu tym zbudowana będzie wielka restauracja.
Podpisano: Prezydent Miasta
Ba! Nie można wykluczyć, że niejedno urodzone już w XXI wieku dziecię wpadłoby w takiej sytuacji wręcz w euforię, licząc na to, że już za chwilę będzie miało pod oknem McDonalda. (Także zresztą i w „Karolci” „pewien grubasek” zachwycił się tym, że „będzie można wstąpić na dobry obiadek”).
Tymczasem w „Karolci” ta nowina wywołała pewne poruszenie.

„-To co na to poradzimy? – spytała jakaś pani z małym dzieckiem w wózeczku.
- Jak to: co? Trzeba by do Prezydenta pójść i powiedzieć mu to tym! – odpowiedziało kilka osób.
- A gdzie jest ten Prezydent?
- Pewnie w Ratuszu – powiedziała jakaś staruszka, która odprowadzała do ogrodu swojego małego wnuczka.
- Tak, ale czy nas wpuszczą do Ratusza? – spytał jakiś chudy pan w okularach. – Słyszałem, że bardzo trudno jest dostać się do prezydenta.
- Podobno trzeba przejść przez sto siedemnaście pokoi! – poufnie szeptała pewna grubiutka paniusia z dzieckiem na ręku. – (…) W każdym siedzi co najmniej jeden urzędnik, ale często jest ich dwóch albo trzech. Wszyscy oni po kolei pytają, po co się idzie do Prezydenta. Albo nawet każą pisać to na dużym arkuszu papieru.
- Bez kleksów i bez błędów, bo inaczej nie przyjmują – wtrącił chudy pan w okularach.
- Tak a poza tym trzeba, żeby do takiego zapisanego papieru, który nazywa się podaniem, były jeszcze załączniki.(…)
- No dobrze – wtrącił teraz Piotr – jakby już ktoś napisał takie podanie bez błędu za pomocą słownika ortograficznego, to co?
- Jak to: co? – oburzył się ktoś.
- To co by było? Toby Prezydent je przeczytał?
- Aha! Zaraz przeczytał! A przedtem jeszcze jest sekretarz albo sekretarka. A może niejedna! I woźni też są, i w ogóle może akurat być jakieś posiedzenie i Prezydent w ogóle może nie mieć czasu!
- Tak, tak – wszyscy teraz stali zasmuceni i kiwali głowami. Bo co tu zrobić, żeby ten ogród zachować? (…) Wreszcie któraś mama powiedziała:
- Pobawcie się jeszcze, dzieci kochane! Tylko przez dzisiejszy dzień ten ogród jest wasz.”

Wiele rzeczy nas ostatnio porusza. W wielu przypadkach czujemy oburzenie i chęć zrobienia z tym, co nas bulwersuje, porządku. Chęć, która bardzo szybko mija. Zazwyczaj natychmiast po tym, gdy spotkamy się w grupie współoburzonych (jak w „Karolci”) lub klikniemy „Lubię to”, „Wezmę udział” czy cokolwiek się teraz klika na którymkolwiek z portali społecznościowych.
Bo co innego oburzać się, a co innego podjąć konkretne działanie. Bo przecież trzeba napisać podanie (i to bez błędów, i kleksów), gdzieś pójść (przez sto siedemnaście pokoi a może i więcej), z kimś porozmawiać (ale na pewno to się nie uda, bo wcześniej zatrzymają nas i rozdziobią kruki i wrony).

„Karolcia” nie jest tylko książką o magicznym koraliku, dzięki któremu możemy spełniać rozmaite życzenia i zachcianki. To przede wszystkim książka o odpowiedzialności. O tym, że oglądając się na innych, możemy do końca życia dreptać w miejscu, sfrustrowani i nieszczęśliwi. I o tym, że możemy – nie myśląc „a co to da” lub „na pewno się nie uda” – zrobić tyle, ile możemy. Może czasem uda nam się dzięki temu rozwiązać duży problem wielu ludzi, a czasem może nie.

Zapatrzeni w ekrany, wciąż czekamy, aż coś zrobi (albo przestanie robić) jakaś zbiorowość, jakiś rząd, prezydent, partia, jakaś unia, a zapomnieliśmy, że popchnąć świat w stronę dobra może codziennie każdy z nas.”
To Szymon Hołownia (całość tekstu dostępna tutaj).

A Wojciech Młynarski? To samo, tylko dłużej i ładniej:
Ukształtowała nam się raz
Opinia, mówiąc: Kurczę,
Rozsądku krzyny nie ma w was,
Inteligenty twórcze!

Na łeb wam wali się ten kram,
Aż sypią się zeń drzazgi,
O skórze myśleć czas, a wam?
                                           Wam w głowie wciąż drobiazgi!

                                           Opinia sroga to, że hej,
                                           Odpowiadając przeto jej:

                                           Róbmy swoje!
                                           Pewne jest to jedno, że
                                           Róbmy swoje!
                                           Bo jeżeli ciut się chce,
                                           Drobiazgów parę się uchowa:
                                           Kultura, sztuka, wolność słowa - Kochani,
                                           Róbmy swoje! Róbmy swoje!
                                           Może to coś da - kto wie?

Czytajcie „Karolcię”. I róbcie swoje, jako i ja zamierzam. Może to coś da, kto wie.

Maria Krüger „Karolcia”. Ilustrowała Hanna Bielińska. Wydawnictwo Siedmioróg, Wrocław 2006.